Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
ROŹDZIAŁ PIERWSZY - Dom Riddle'ów CiĄg DaLsZy

Harry Potter i Czara Ognia

:: ::

ROŹDZIAŁ PIERWSZY - Dom Riddle'ów CiĄg DaLsZy

Ostatni właściciel Domu Riddle’ów ani w nim nie mieszkał, ani go nie wynajmował, a był na tyle bogaty, że mógł sobie na to pozwolić. W wiosce mówiono, że trzyma dom ,,ze względu na datki’’, choć nikt nie wiedział, na czym to właściwie polega. Płacił jednak Frankowi za doglądanie ogrodu. Frank zbliżał się do swoich siedemdziesiątych siódmych urodzin, przygłuchł, noga mu jeszcze bardziej zesztywniała, ale nadal, przynajmniej w ładną pogodę, widywano go przy rabatach kwiatów, które zaczęły już zarastać chwastami.
Walczył nie tylko z chwastami. Jego prawdziwym utrapieniem byli chłopcy z wioski. Wybijali szyby w oknach Domu Riddle’ów, jeździli rowerami po trawnikach, których utrzymanie kosztowało Franka tyle trudu. Raz czy dwa włamali się do starego domu, żeby zrobić mu na złość. Wiedzieli, że jest bardzo przywiązany do posiadłości, i sprawiało im uciechę, kiedy kuśtykał przez ogród, wymachując laską i pomstując na nich ochrypłym głosem. Jeśli chodzi o samego Franka, to był przekonany, że chłopcy dręczą go złośliwie, bo podobnie jak rodzice i dziadkowie uważają go za mordercę. Tak więc, kiedy pewnej sierpniowej nocy obudził się i zobaczył, że w starym domu dzieje się coś dziwnego, uznał to za jakiś nowy wybryk łobuziaków, pragnących go ukarać za domniemaną zbrodnię.
Obudził go rwący ból w nodze, tak silny, że podobnego jeszcze nie doznał w swym podeszłym wieku. Wstał i zszedł do kuchni, zamierzając zmienić wodę w termoforze, którym ogrzewał kolano, by złagodzić bolesną sztywność. Stojąc przy zlewie i napełniając czajnik, spojrzał na Dom Riddle’ów i zobaczył migające na piętrze światło. Od razu pomyślał, że to ci nieznośni chłopcy włamali się znowu do domu, a sądząc po migotaniu światła, na pewno go podpalili.
Frank nie miał telefonu, a zresztą i tak nie ufał policji od czasu, gdy go aresztowano i przesłuchiwano w sprawie śmierci Riddle’ów. Natychmiast odstawił czajnik, wdrapał się na górę tak szybko, jak mu na to pozwalała sztywna noga, ubrał się i wrócił na dół. Zdjął z haka przy drzwiach zardzewiały klucz, chwycił opartą o ścianę laskę i wyszedł w ciemną noc.
Na frontowych drzwiach Domu Roddle’ów nie odkrył śladów włamania, podobnie jak na żadnym z okien. Pokuśtykał na tył domu i dotarł do drugich drzwi, prawie całkowicie ukrytych pod bluszczem, wyjął stary klucz, wsunął go w dziurkę i cicho je otworzył.
Wszedł do dużej, mrocznej kuchni. Było bardzo ciemno, ale choć nie zaglądał tu od lat, pamiętał, gdzie są drzwi do przedpokoju, więc ruszył ku nim, czując wstrętną woń rozkładu, i wytężając słuch, by wyłowić jakikolwiek dźwięk dochodzący z góry. W przedpokoju było nieco jaśniej, ponieważ po obu stronach drzwi frontowych były duże okna przedzielone w środku kamiennymi słupkami. Zaczął się wspinać po schodach, błogosławiąc grubą warstwę kurzu pokrywającego kamienne stopnie, bo tłumiła jego kroki i postukiwanie laski.
Na podeście zwrócił się w prawo i natychmiast zlokalizował intruzów: drzwi na samym końcu korytarza były uchylone, a przez szparę wylewała się na czarną posadzkę długa smuga złotego, rozmigotanego światła. Frank zaczął się skradać powoli w tym kierunku, zaciskając palce na lasce. Znalazłszy się kilka stóp od drzwi, zobaczył przez szparę kawałek pokoju.
Na kominku palił się ogień. To go zaskoczyło. Zamarł w bezruchu i nasłuchiwał uważnie, bo z pokoju dobiegł go męski głos, pokorny i zalękniony.
- Jeśli mój pan i mistrz wciąż jest głodny, to w butelce jeszcze trochę zostało.
- Później – odpowiedział drugi głos. Też należał do mężczyzny, ale był dziwnie wysoki i zimny, jak nagły powiew lodowatego wiatru. Było w nim coś, co sprawiło, że rzadkie włosy na karku Franka stanęły dęba. – Przysuń mnie bliżej kominka, Glizdogonie.
Frank zwrócił ku drzwiom prawe ucho, żeby lepiej słyszeć. Rozległ się stuk butelki stawianej na jakiejś twardej powierzchni, a później szuranie, jakby, jakby po podłodze przesuwano ciężkie krzesło. Frank uchwycił spojrzeniem drobnego mężczyznę, odwróconego plecami do drzwi i popychającego fotel. Miał na sobie długi czarny płaszcz, a na czubku jego głowy bielała łysina. Po chwili zniknął z pola widzenia.
- Gdzie jest Nagini? – zapytał zimny głos.
- Ja… ja nie wiem, panie – odpowiedział lękliwie pierwszy głos. – Chyba wybrała się na zwiedzanie domu…
- Musisz ją wydoić, zanim udamy się na spoczynek, Glizdogonie – rzekł drugi głos. – W nocy będziesz musiał mnie nakarmić. Ta podróż bardzo mnie zmęczyła.
Zmarszczywszy brwi, Frank przybliżył swoje dobre ucho jeszcze bardziej do drzwi, wytężając słuch. Po chwili ciszy znowu zabrzmiał głos Glizdogona.
- Panie mój, czy mogę zapytać, jak długo tu zostaniemy?
- Tydzień – odrzekł drugi głos. – Może dłużej. To dość wygodne miejsce, a na razie musimy powstrzymać się od działania. Byłoby głupio zabrać się do urzeczywistnienia naszego planu przed zakończeniem mistrzostw świata w quidditchu.
Frank wsadził do ucha sękaty palec i mocno nim pokręcił. Pewno nagromadziło się sporo woskowiny, pomyślał, bo usłyszałem ,,quidditch’’, a przecież nie ma takiego słowa…
- Mistrzostw świata w quidditchu? – powtórzył Glizdogon. (Frank jeszcze gorliwiej pogrzebał w uchu). – Wybacz mi, panie, ale… nie rozumiem… dlaczego mielibyśmy czekać na zakończenie mistrzostw świata?
- Dlatego, głupcze, że właśnie w tej chwili zjeżdżają się do kraju czarodzieje z całego świata i każdy tajniak z Ministerstwa Magii jest na służbie, wypatrując jakichkolwiek oznak niezwykłości i sprawdzając tożsamość każdego, kto mu się nawinie. Będą wariować na punkcie bezpieczeństwa, żeby mugole czegoś nie zauważyli. Dlatego musimy czekać.
Frank przestał czyścić ucho. Wyraźnie usłyszał słowa: ,,Ministerstwo Magii”, ,,czarodzieje” i ,,mugole’’. Nie uległo wątpliwości, że te wyrazy mają jakieś tajne znaczenie, a Frankowi przychodziły do głowy tylko dwa rodzaje ludzi, którzy mogliby mówić szyfrem: szpiedzy i przestępcy. Zacisnął dłoń na lasce i wytężył słuch.
- A więc wasza lordowska mość jest zdecydowany? – zapytał cicho Glizdogon.
- Tak, Glizdogonie, jestem zdecydowany. – W zimnym głowie zabrzmiała nuta groźby.
Nastąpiła chwila milczenia, a później przemówił Glizdogon, wyrzucając z siebie szybo słowa, jakby się bał, że straci odwagę, zanim je wypowie.
- Panie mój, to można zrobić bez Harry’ego Pottera.
Znowu pauza, tym razem dłuższa, a potem…
- Bez Harry’ego Pottera, powiadasz? – powtórzył drugi głos z jadowitą łagodnością. – Ach tak, rozumiem…
- Panie, nie mówię tego ze względu na chłopaka! – zawołał piskliwym głosem Glizdogon. – Nic dla mnie nie znaczy, nic a nic! Uważam tylko, że gdybyśmy wykorzystali innego czarodzieja albo czarownicę… kogokolwiek… to moglibyśmy dokonać tego o wiele szybciej! Gdybyś mi pozwolił, panie, oddalić się na jakiś czas… a wiesz, że potrafię zmienić się tak, że nikt mnie nie rozpozna… wróciłbym tu za dwa dni z jakąś odpowiednią osobą…
- Tak to prawda… - powiedział cicho drugi głos. – Mógłbym użyć innego czarodzieja…
- Panie mój, to naprawdę rozsądne wyjście. – W głosie Gizdogona dało się wyczuć wyraźną ulgę. – Trudno by było porwać Pottera, jest tak dobrze strzeżony…
- A ty chciałbyś pójść na ochotnika po kogoś innego? Zastanawiam się, Glizdogonie… czy nie zmęczyło cię już pielęgnowanie mojej osoby… czy ta propozycja nie jest czasem próbą porzucenia mnie na zawsze?
- Panie! Mistrzu! Ja… ja wcale nie chcę cię opuścić, ależ skąd…
- Nie kłam! – zasyczał drugi głos. – Przede mną nie można kłamać, zawsze to wykryję! Żałujesz, że w ogóle do mnie wróciłeś, Glizdogonie! Czujesz do mnie odrazę! Widzę, jak się wzdrygasz, gdy na mnie spojrzysz, czuję, jak drżysz, kiedy mnie dotykasz…
- Nie! Moje przywiązanie do waszej lordowskiej mości…
- Twoje przywiązanie to zwykłe tchórzostwo. Nie byłoby cię tu, gdybyś miał dokąd pójść. Jak mam tu przetrwać bez ciebie, skoro muszę być karmiony co kilka godzin? Kto wydoi Nagini?
- Jesteś już o wiele silniejszy, mój panie…
- Kłamiesz – wycedził zimny głos. – Wcale nie jestem silniejszy, a jak ciebie nie będzie przez parę dni, to utracę i tę odrobinę zdrowia, którą odzyskałem pod twoją niezdarną opieką. Zamilcz!
Glizdogon, który bełkotał coś niewyraźnie, natychmiast umilkł. Przez kilka sekund Frank słyszał tylko trzaskanie ognia w kominku. Potem drugi mężczyzna znowu przemówił, tym razem szeptem przywodzącym na myśl syk węża.
- Jak już ci wyjaśniałem, mam swoje powody, dla których chcę użyć właśnie tego chłopca. Chcę jego i tylko jego. Czekałem na to trzynaście lat. Parę miesięcy więcej nie stanowi różnicy. Wiem, że chłopiec będzie wyjątkowo dobrze chroniony, ale wszystko dokładnie zaplanowałem. Potrzeba mi jest tylko twoja odwaga, Glizdogonie, i tę odwagę musisz w sobie znaleźć, jeśli nie chcesz odczuć pełni gniewy Lorda Voldemorta…
- Pnie, pozwól coś powiedzieć swemu wiernemu słudze! – przerwał mu Glizdogon, a w jego głosie zabrzmiało prawdziwe przerażenie. – Przez całą naszą podróż rozmyślałem nad tym planem… Panie mój, przecież wkrótce zauważą, że Berta Jorkins zniknęła, a jeśli posuniemy się dalej, jeśli rzucę zaklęcię…
- Jeśli? – zasyczał drugi głos. – Jeśli? Jeśli będziesz postępował zgodnie z planem, Glizdogonie, ministerstwo się nie dowie, że ktoś jeszcze zniknął. Zrobisz to po cichu, bez zamieszania… Bardzo bym chciał zrobić to sam, ale w moim obecnym stanie… Pomyśl, Glizdogonie, trzeba tylko pokonać jeszcze jedną przeszkodę i droga do Harry’ego Pottera stanie przed nami otworem. Nie żądam od ciebie, żebyś zrobił to sam. Wkrótce pojawi się mój wierny sługa…
- Ja jestem twoim wiernym sługą – rzekł Glizdogon, a w jego głosie zabrzmiała nuta ponurego rozżalenia.
- Glizdogonie, potrzeby mi jest ktoś z tęgą głową, godny zaufania i do końca mi oddany, a ty nie spełniasz żadnego z tych warunków.
- Odnalazłem cię, panie – powiedział Glizdogon, teraz już wyraźnie nadąsany. – To ja ciebie odnalazłem. To ja ci sprowadziłem Bertę Jorkins.
- To prawda – rzekł drugi mężczyzna z lekkim rozbawieniem. – To wyczyn, którego się po tobie nie spodziewałem, Glizdogonie… chociaż, prawdę mówiąc, kiedy ją złapałeś, na pewno nie wiedziałeś, jak bardzo okaże się pożyteczna, co?
- Ja… ja myślałem, że ona może się przydać, panie…
- Kłamiesz – powtórzył drugi głos jeszcze wyraźniej szyderczym tonem. – Nie przeczę jednak, że jej informacje okazały bardzo cenne. Bez niej nie obmyśliłbym naszego planu. Otrzymasz za to nagrodę, Glizdogonie. Pozwolę ci wykonać dla mnie bardzo ważne zadanie, tak ważne, że każdy z moich zwolenników dałby sobie odrąbać prawą rękę, byle je otrzymać…
- N-naprawdę, mój panie? Co… - Teraz w głosie Glizdogona ponownie zabrzmiało przerażenie.
- Ach, Glizdogonie, chyba nie chcesz, żebym ci zepsuł niespodziankę? Swoją rolę odegrasz na samym końcu… ale przyrzekam ci, będziesz miał zaszczyt okazania się równie użytecznym, jak Berta Jorkins.
- A więc… a więc… - wyjąkał Glizdogon ochrypłym głosem, jakby nagle zaschło mu w ustach – zamierzasz… mnie również… zabić?
- Och, Glizdogonie, Glizdogonie – rzekł łagodnie zimny głos. – czemu miałbym cię zabijać? Zabiłem Bertę , bo musiałem to zrobić. Po przesłuchaniu nie nadawała się już do niczego. A zresztą mogły by paść niewygodne pytania, gdyby wróciła do Ministerstwa Magii i oznajmiła, że podczas urlopu spotkała właśnie ciebie. Czarodzieje uważani za zmarłych chyba nie powinni spotykać w przydrożnej gospodzie czarownic z Ministerstwa Magii, prawda?
Glizdogon mruknął coś tak cicho, że Frank nie dosłyszał słów, ale drugi mężczyzna roześmiał się – a był to śmiech zimny jak jego mowa, całkowicie pozbawiony wesołości.
- Powiadasz, że mogliśmy zmodyfikować jej pamięć? Potężny czarodziej potrafi przełamać każde zaklęcia zapomnienia, co udowodniłem, kiedy ją przesłuchiwałem. Byłoby ujmą dla jej pamięci, gdybyśmy nie wykorzystali informacji, które z niej wydarłem, Glizdogonie.
Frank, przyczajony za drzwiami, poczuł nagle, że jego ręka ściskająca laskę zrobiła się śliska od potu. Ten człowiek o lodowatym głosie zabił jakąś kobietę. Mówi o tym bez żadnych skrupułów – z rozbawieniem. To groźny szaleniec! Szaleniec, który planuje nowy mord… Ten chłopiec, Harry Porter, kimkolwiek jest… znajduje się w niebezpieczeństwie…
Wiedział, co powinien zrobić. Nadszedł czas, aby iść na policję. Wykradnie się z domu i pospieszy ile sił w nogach do budki telefonicznej w wiosce… Ale zimny głos ponownie przemówił i Frank zamarł, zamieniając się w słuch.
- Jeszcze jedno zaklęcie… wierny sługa w Hogwarcie… i Harry Porter jest mój, Glizdogonie. To już postanowione. Nie życzę sobie żadnych sprzeciwów. Ale cicho… chyba słyszę Nagini…
I nagle jego głos się zmienił. Zaczął wydawać z siebie takie dźwięki, jakich Frank jeszcze nie słyszał: syczał i prychał bez zaczerpnięcia oddechu. Frank pomyślał, że to jakiś atak apopleksji.
A później usłyszał coś za sobą w ciemnym korytarzu. Odwrócił się i sparaliżowało go ze strachu.
Coś pełzło ku niemu po podłodze mrocznego korytarza, a kiedy zbliżyło się do pasma światła padającego przez szparę, przeszył go dreszcz przerażenia. Miał przed sobą olbrzymiego węża, mierzącego co najmniej dwanaście stóp. Frank, skamieniały z przerażenia, wpatrywał się w wijące się cielsko, które zbliżało się coraz bardziej i bardziej, pozostawiając szeroki, kręty ślad na zakurzonej posadzce… Co robić? Dokąd uciec? Jedyne miejsce ucieczki to pokój, w którym dwaj mężczyźni planują morderstwo… ale jeśli nie ruszy się z miejsca, wąż z pewnością go uśmierci…
Zanim jednak zdążył podjąć decyzję, wąż już się z nim zrównał, a potem – nie do wiary! – minął go, wabiony sykiem wydobywającym się z ust tamtego mężczyzny, i po chwili w szparze drzwi zniknął koniec jego ogona, nakrapiany lśniącymi jak diamenty plamkami.
Po czole Franka spływały stróżki potu, a ręka dzierżąca laskę dygotała. W pokoju wciąż rozlegało się syczenie i prychanie, a Franka nawiedziła dziwna, zupełnie niewiarygodna myśl… Ten człowiek potrafi rozmawiać z wężami.
Frank nic z tego nie rozumiał. W tej chwili pragnął tylko jednego: znaleźć się z powrotem w łóżku z butelką gorącej wody pod kołdrą. Kłopot w tym, że nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Za nic nie chciały się poruszyć. I kiedy tak stał, próbując opanować dygotanie, zimny głos przemówił, znowu po angielsku:
- Nagini przyniosła interesującą wiadomość, Glizdogonie.
- N-naprawdę, mój panie?
- Naprawdę – rzekł zimny głos. – Nagini twierdzi, że za drzwiami stoi jakiś stary mugol i podsłuchuje, co tu mówimy.
Frank nie miał żadnych szans na ucieczkę. Usłyszał zbliżające się kroki i drzwi otworzyły się gwałtownie na całą szerokość.
Stał przed nim niski, łysiejący mężczyzna z resztką siwych włosów, długim, spiczastym nosem i wodnistymi oczkami; na jego twarzy malowała się mieszanina czujności i strachu.
- Zaproś go do środka, Glizdogonie. Gdzie się podziały twoje dobre maniery?
Zimny głos dobiegał ze starego fotela stojącego przed kominkiem, ale Frank nie widział tego, kto w nim siedzi. Wąż zwinął się na przegniłym dywaniku przed kominkiem, jak jakaś straszna parodia domowego psa.
Glizdogon gestem zaprosił Franka do pokoju. Choć Frank wciąż był okropnie wstrząśnięty, ścisnął mocniej laskę i pokuśtykał przez próg.
Jedynym źródłem światła był ogień z kominka, który rzucał na ściany długie, pająkowate cienie. Frank wlepił oczy w oparcie fotela. Siedzący w nim mężczyzna musiał być jeszcze niższy od swego sługi, bo Frank nie widział czubka jego głowy.
- Słyszałeś wszystko, mugolu? – odezwał się zimny głos.
- Jak mnie nazwałeś? – zapytał Frank wyzywającym tonem, bo teraz, kiedy już znalazł się w środku i nadszedł czas, by działać, poczuł przypływ odwagi. Na wojnie było tak samo.
- Nazwałem ciebie mugolem – odrzekł chłodno głos. – To oznacza, że nie jesteś czarodziejem.
- Nie wiem, co przez to rozumiesz – powiedział Frank nieco pewniejszym tonem. – Wiem tylko, że usłyszałem dość, aby zainteresować tym policję. Tak, mój panie. Popełniłeś jakieś morderstwo i planujesz następne! I jest coś jeszcze – dodał, bo nagle przyszło mu to do głowy. – Moja żona wie, że tu jestem, i jeśli nie wrócę…
- Nie masz żony – przerwał mu spokojnie zimny głos. – Nikt nie wie, że tu jesteś. Nie powiedziałeś nikomu, dokąd idziesz. Nie kłam przed Lordem Voldemortem, mugolu, bo on to pozna… zawsze poznaje…
- Czyżby? – zapytał szorstko Frank. – A więc mamy do czynienia z lordem? Jakoś nie widzę, żebyś miał lordowskie maniery. Bo niby dlaczego nie odwrócisz się i nie spojrzysz mi w oczy jak człowiek?
- Bo ja nie jestem człowiekiem, mugolu – zasyczał zimny głos, a Frank ledwo go dosłyszał wśród trzasku szczap płonących w kominku. – Jestem kimś o wiele, wiele większym. Ale… dlaczego nie? Pokażę ci swoją twarz… Glizdogonie, odwróć mój fotel.
Sługa jęknął cicho.
- Słyszałeś, co powiedziałem?
Powoli, z takim grymasem na twarzy, jakby wolał zrobić wszystko, tylko nie zbliżać się do swojego pana i do dywanika, na którym spoczywał wąż, drobny człowiek podszedł do fotela i zaczął go odwracać. Wąż uniósł swój ohydny, trójkątny łeb i zasyczał cicho, kiedy nogi fotela zawadziły o dywanik.
Sługa odwrócił fotel i Frank zobaczył, kto, albo raczej co w nim siedzi. Laska wypadła mu z ręki i z łoskotem wylądowała na podłodze. Otworzył usta i krzyknął. Krzyczał tak głośno, że nie słyszał słów, które wypowiedziało to coś w fotelu, kiedy podniosło różdżkę. Błysnęło zielone światło, huknęło, i Frank Bryce zgiął się wpół. Kiedy upadł na podłogę, był już martwy.
Dwieście mil od tego miejsca pewien chłopiec, który nazywał się Harry Porter, przebudził się nagle, dygocąc ze strachu.


Kai Li 11/03/2006 10:44:29 [Powrót] Skomentuj plisss:)

|| Emma107 ||
fajny blog wpadnij do mnieD
|| brak www || data: 5/07/2006 12:30:15
evl83.neoplus.adsl.tpnet.pl || IP: 83.20.209.83